Dlaczego na Kubie zjada się łyżeczki, czyli Kubańczyk potrafi

KubaNawał spraw różnych – służbowych i prywatnych sprawił, że fotorelacja z ostatniego wyjazdu musiała nieco poczekać. Nawet dłużej niż „nieco”. Ale jak wiadomo, lepiej późno niż wcale. A więc do rzeczy. Tym razem celem naszej wyprawy była „wyspa jak wulkan gorąca”, czyli Kuba.

Nie będę się rozwodziła nad samym lotem – trzynaście godzin czarterem nie należy do przyjemności. Obsługa (słowo mocno nieadekwatne) zajęta była jedynie wpychaniem ludziom płatnych usług, a płatne było wszystko – od kocyka po napoje. Teoretycznie woda pitna była za darmo, ale na pół szklanki niezbędne do popicia lekarstwa czekałam czterdzieści minut.  Na szczęście cała reszta wyjazdu była znacznie przyjemniejsza.

Pogoda

Styczeń na Kubie to czas idealny na wakacje – ciepło, ale nie na tyle żeby nie dało się żyć.  Słońce, ale i przelotne opady, dzięki czemu nie robiło się duszno. Uwaga! Trzeba być też przygotowanym na silne wiatry. Podczas spaceru po plaży pilnujcie czapek i kapeluszy!

A jeśli już o plaży mowa. Ta, na którą trafiliśmy to istne marzenie. Trzynaście kilometrów bialutkiego, delikatnego piasku i woda o przecudnej barwie. Nie jestem w stanie dokładnie opisać tego koloru. Najbliższe prawdzie będzie chyba określenie „kolor jasnej mięty”, stosowane często w artykułach poświęconych modzie.

Do tego, dzięki dość wilgotnemu klimatowi, Kuba ma bardzo bogatą roślinność. Tak, wiem, ze uczyli o tym na lekcjach geografii, ale mimo wszystko, moje afrykańskie doświadczenia sprawiły, że kraj ciepły kojarzył mi się dotąd raczej z piaskiem i skałami. Tymczasem an Kubie problemem ogrodników nie jest to, by coś chciało rosnąć, a raczej to, by okiełznać ekspansję wszelakiej zieleniny.  Nawet spacer wzdłuż głównej drogi można potraktować jako spotkanie z przyrodą, bo wszędzie coś rośnie.

Wypoczynek

Mieszkając w hotelu na Kubie, raczej niewiele się dowiesz o życiu mieszkańców, ale wypoczniesz świetnie. Z jednym zastrzeżeniem: to nie nie jest miejsce dla odludków, ani miłośników ciszy i spokoju. Wszyscy bardzo, ale to bardzo, starają się uprzyjemnić turystom pobyt. Co kilka kroków (także na plaży), można natknąć się na bar, albo ichniego „kaowca” puszczającego muzykę, zachęcającego do gry w piłkę albo nauki tańca.

Naprawdę, trudno zachować trzeźwość, bo lokalni barmani nie żałują alkoholu, zdecydowanie bardziej oszczędzając importowane napoje gazowane. Jeśli w drinku ma być rum, to z pewnością nikt na tym składniku oszukiwać nie będzie.

Jedzenie na Kubie jest smaczne, ale widać, że to kraj permanentnego niedoboru. Najlepiej nastawić się na ryby i owoce morza, bo z mięsem i warzywami na wyspie jest raczej krucho. Mało tego i jakość kiepska. Musi się więc szef kuchni nieźle nagimnastykować. Czasami doprawdy trudno się nie zdumieć widząc pomysłowość tamtejszych ludzi i ich umiejętność zastępowania towarów deficytowych tym, co akurat jest pod ręką. I tak, na przykład, przemysł kubański z jakiegoś, bliżej nieznanego powodu, nie jest w stanie podołać produkcji łyżeczek do herbaty. Łyżki do zupy – proszę bardzo, noże, widelce – jak najbardziej, ale łyżeczka do herbaty to już jakaś kosmiczna technologia. Łyżeczek nie będzie! Co robią barmani? Zamiast łyżeczek dodają do każdej filiżanki kawy lub herbaty kawałek trzciny cukrowej. Taka „łyżeczka”, nie dość że fajnie wygląda, to jeszcze nadaje się do jedzenia. Muszę przyznać, że stałam się wielką miłośniczką żucia trzciny cukrowej. Mniam! Szkoda, że w Polsce nie udało mi się jak dotąd kupić tego przysmaku.

Hawana

Ale Kuba to nie tylko plaże. To także, a może przede wszystkim Hawana. Miasto legenda. Miasto, które z jednej strony mnie urzekło niepowtarzalnym klimatem, ale jednocześnie zasmuciło. Hawana powolutku się rozsypuje. Co roku zawalają się kolejne, nieremontowane budynki. Wąskie, pełne czaru uliczki zachęcają do spaceru – mogłabym się po nich włóczyć godzinami, ale jednocześnie budzą niepokój, czy aby człowiekowi na głowę nie spadnie kawałek tynku. Trzeba przyznać Kubańczykom, że robią co mogą, starają się zachować czystość i porządek, ale cudów nie uczynią. Władze starają się remontować i ratować co się da, ale lata zaniedbywania zrobiły swoje. Żeby doprowadzić miasto do porządku trzeba by obecnie wyłożyć niesamowite pieniądze. A tych po prostu nie ma. Jeśli tak dalej pójdzie, ze starej Hawany nic nie zostanie.

Nie będę opisywać wszystkich atrakcji Hawany, bo o tym można poczytać w wielu miejscach. Wymienię jedynie to, co nam najbardziej przypadło do gustu i co zobaczyć polecamy. Odwiedziliśmy, oczywiście Plac Rewolucji, pochodziliśmy po starej Hawanie, przysiedliśmy na ławeczce obok rzeźby Lennona ze słynnymi, znikającymi okularami, zafundowaliśmy sobie przejażdżkę kabrioletem (uparłam się na  różowy!) i, oczywiście, tropiliśmy wszelkie ślady Hemingwaya.

Dodam jeszcze, że wyprawę na bazar można sobie darować. To miejsce, ewidentnie przeznaczone dla turystów. Na bazarku nie znajdziecie nic, poza straganami z pamiątkami (mocno tandetnymi i bynajmniej nie tanimi). Do tego asortyment jest bardzo, ale to bardzo ograniczony. Wystarczy odwiedzić trzy-cztery stargany, aby zobaczyć wszystko. Wszyscy sprzedawcy w zasadzie oferują to samo, a i ceny są urzędowe, więc nie ma co liczyć na okazję. Lepiej oszczędzić czas i pieniądze i zafundować sobie dodatkowe daiquiri we Flordicie.

A teraz już dość gadania. Zapraszam do obejrzenia fotogalerii.

 


KOMUNIKAT

Ze wzgledu na brak jednoznacznych wytycznych dotyczacych stosowania RODO na blogach, chwilowo zawieszam mozliwosc komentowania postow. Komantarze zostana wlaczone, gdy tylko sytuacja sie wyjasni. Jednoczenie informuje, ze wszystkie dotychczasowe komentarze zostaly zanonimizowne. Dziekuje za wyrozumialosc!

4 Comments

        • Proszę bardzo:

            45 ml białego rumu (100 ml w wersji Papa Doble)
            5 ml syropu cukrowego
            20 ml soku z limetki

          Składniki należy wymieszać w shakerze z lodem. Wlać do szklanki koktajlowej.

          PS. Ernest H. Pijał wyłącznie wersję Papa Doble 🙂

Komentowanie jest wyłączone.