Dlaczego czytam blogi

blogiJednym ze słów, które wywołuje u mnie niekontrolowany wybuch agresji, pianę na ustach, a do tego wydobywa ukryte głęboko, na dnie duszy pokłady młodzieńczego feminizmu jest „blogereczka”.  Pisałam już o tym tutaj, ale jeszcze raz powtórzę. Dlaczego blogereczka, a nie „blogereczek”? Mężczyźni też prowadzą blogi. Być może blogerów jest mniej niż blogerek (nie liczyłam na sztuki), ale blogów prowadzonych przed przedstawicieli płci brzydkiej jest całkiem sporo. I, podobnie jak w przypadku wpisów pań, zdarzają się teksty dobre, bardzo dobre, ale także słabe i zupełnie beznadziejne. Skąd to milczące założenie, że jak coś głupiego to z pewnością baba?

Szczególnie przykre jest, gdy owo pogardliwe „blogereczka” rzucone jest przez kobietę. I niech sobie mizogini mówią co chcą o solidarności jajników, zgadzam się z Madeleine Albright, która twierdzi, że „w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom”.

Nie to jest jednak przedmiotem moich dzisiejszych rozważań. Chcę dziś stanąć w obronie blogów. Widocznie jestem z tych, co to uparcie sikają pod wiatr.

 

Dlaczego akurat dzisiaj?

Przy porannej kawie natknęłam się na taki oto wpis:

 

Pod wpisem natychmiast pojawiło się wiele wyrazów poparcia. W pierwszym odruchu chciałam przyłączyć się do dyskusji i skomentować, ale zaraz mi przeszło. Nie jestem może fajsbukowym wyjadaczem, ale wiem, że w dyskusjach nikt tam jeszcze nikogo nie przekonał. Co najwyżej rozpęta się kolejna goofno-burza i poobrażają się na mnie ludzie, z którymi na ten sam temat mogłabym zupełnie spokojnie pogadać w realu. Nie wiem dlaczego tak jest, ale internet nie sprzyja merytorycznym dyskusjom.

Co mnie oburzyło w tym, zdawałoby się, rozsądnym wpisie?

Szczegóły są ważne

Zacznijmy od formy, czyli użytych słów. Oprócz nieszczęsnej „blogereczki” mamy jeszcze epitet „szemrana”. Z całym szacunkiem dla autorki wpisu, zgodnie z definicją w SJP „szemrany”  to tyle co „podejrzany, niepewnego pochodzenia, nieczysty”. Być może wspomniana „blogereczka”  nie jest zbyt lotna, ale prawa nie narusza. Owszem, recenzowanie drugiego tomu bez znajomości pierwszego nie jest ani mądre, ani profesjonalne, ale ona nie udaje, że tom pierwszy czytała. Książkę pozyskała w sposób zgodny z prawem (nie ukradła, nie spiraciła). Nie przepisała też cudzego tekstu. Żadnego „szemranego” interesu nie potrafię się dopatrzeć. Widzę co najwyżej niekompetencję i charakterystyczne dla młodego wieku połączenie ignorancji z dużą dozą pewności siebie. Fakt, taka mieszanka nie budzi sympatii. Jednak to, że kogoś nie lubimy nie oznacza, że można mu zarzucać wszelkie grzechy świata.

Kto nabija kliknięcia

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kolejne dyskusje o blogosferze służą (być może nieświadomie) „dorabianiu mordy” blogerom. Osobiście blogi czytuję – o tym za chwilę – i wcale nie mam wrażenia, że jest tak źle. Owszem, jest sporo blogów kiepskich, sporo blogów nieporadnych, ale lwia większość to blogi przeciętne – ani dobre, ani złe. Kłania się krzywa Gaussa. Dotyczy to nie tylko blogów o książkach. Tak samo rzecz się ma z blogami o muzyce, malarstwie, psach (O matko! Tam to dopiero ludziska bzdury wypisują!), dzieciach, modzie, robótkach ręcznych i co tam jeszcze na blogach opisują.

Nieszczęście polega na tym, że nikt nie linkuje tych przeciętnych blogów. Te nieliczne, wybitne też zazwyczaj mało kto linkuje. Internauci lubują się natomiast w udostępnianiu wpisów  kuriozalnych, przez co obraz blogosfery jest bardzo przerysowany. To tak, jakby o malarzach-amatorach wnioskować wyłącznie na podstawie landszaftów sprzedawanych na odpustach.

Sama prowadzę dwa blogi. Nie mnie oceniać ich jakość, chcę jednak na pewną rzecz zwrócić uwagę. Jeden ze znajomych wyraził swego czasu opinię o moim pisaniu. (Słowa te padły podczas prywatnej rozmowy, nie podaję więc nazwiska rozmówcy, bo nie wiem, czy by sobie tego życzył). Opinię, z którą w pełni się zgadzam. Brzmiała ona mniej więcej tak „Nigdy się z takim pisaniem nie przebijesz. Twoje teksty są za mało kontrowersyjne. Układne jakieś takie i uładzone.” Tak, wiem, że się nie przebiję. Wiem, że gdybym napisała coś kontrowersyjnego albo uciesznego, miałabym szansę. Ale nie chcę. Piszę głównie dla siebie i dla tych kilku znajomych, którzy chcą poznać moje zdanie. Jestem głęboko przekonana, że w takiej samej sytuacji są setki innych blogerów, prowadzących zwyczajne blogi. Blogi być może niespecjalne wybitnie, ale i nie zawierające jakiś kuriozalnych głupot.

Nie chcecie durnych blogów? To dlaczego je promujecie? Dlaczego nabijacie im klikalność?

Po co nam blogi?

Właściwie powinnam inaczej sformułować pytanie. Po co mi blogi? Dlaczego je czytam?

Obecnie na rynku wydawniczym mamy istną klęskę urodzaju. W tym tłoku trudno jest odróżnić ziarno od plew. Kłopot z profesjonalnymi recenzentami polega na tym, że mają oni promować dzieła wybitne, a krytykować pulpę. Tylko że  nie każdy i nie zawsze ma ochotę na obcowanie z arcydziełem. Czasami potrzebujemy zwykłej, bezpretensjonalnej rozrywki. Pozwolę sobie rozwinąć tę myśl na przykładzie krytyki filmowej.

Swego czasu, nieodżałowany Zygmunt Kałużyński, wielki znawca i popularyzator kina, gęsto tłumaczył się dlaczego recenzent musi, a przynajmniej powinien, niekiedy skrytykować film, który publiczności przypadł do gustu. Sprawa jest prosta: jako zawodowiec ocenia film pod względem artystycznym. Na ile dzieło jest odkrywcze, nowatorskie, poruszające ważkie problemy, i tak dalej, i tak dalej. Krytyk, o ile nie jest bucem, może wraz z resztą widzów zaśmiewać się, gdy główny bohater potyka się na skórce od banana, albo walczy ze spodniami spadającymi w najmniej odpowiednim momencie. Ale gdy wróci do domu i siądzie do pisania, cóż… musi napisać, że w dziele króluje przaśny humor, rozwiązania fabularne są stukrotnie wykorzystaną kliszą, gra aktorska przeszarżowana, a muzyka rodem z ostatniej fazy wesela. I tak oto powstaje swoista schizofrenia. Kałużyński – widz, który dobrze bawił się przez półtorej godziny versus Kałużyński – krytyk dostrzegający wszystkie mankamenty filmu.

Mój filmowy gust jest przaśny. Nie rozumiem Viscontiego. Bergman nudzi mnie niepomiernie. Z drugiej jednak strony zupełnie nie bawi mnie Sandler ani Jaś Fasola. Poszukuję więc osób o podobnym guście i opieram się na ich rekomendacjach. Nie obchodzi mnie, czy moi filmowi doradcy znają się na kinematografii czy nie. Ważne, że z mojego, partykularnego, punktu widzenia ich porady są trafne.

Podobnie rzecz ma się z książkami. Znalazłam kilka blogów prowadzonych przez osoby o podobnym guście i zaglądam tam od czasu do czasu. I mam głęboko z tyłu, czy z formalnego punktu widzenia są to recenzje dobre czy złe. Ważne, że są przydatne.

Nieszczęsne słowo recenzja

Recenzje. No właśnie. Myślę, że to słowo robi blogerom wiele szkody. Co więcej, nie rozumiem, dlaczego blogerzy się przy nim upierają.  Większość tekstów publikowanych na blogach, to nie żadne recenzje, a jedynie subiektywne opinie. Napisanie rzetelnej recenzji wymaga odpowiedniego aparatu poznawczego, dobrego pióra i pewnych umiejętności technicznych. Określenie recenzent przywodzi na myśl profesjonalistę, a większość blogerów profesjonalistami nie jest. Gdyby więc zamiast nieszczęsnego słowa „recenzja” używano słowa „opinia” sprawa byłaby klarowna. W końcu opinię może wyrazić każdy. Nawet jeśli jest to opinia kontrowersyjna.

Obiektywizm

Często blogerom stawia się zarzut wystawiania pozytywnych ocen wszystkim recenzowanym książkom. Jest w tym sporo racji, ale nie jest to przywra wyłącznie blogerów. Myślicie, że zawodowcy są obiektywni? Akurat!

I znowu odwołam się do przykładu z kinem. W czasach, gdy prasa papierowa miała się jeszcze nieźle, w jednym bardzo popularnym i poczytnym czasopiśmie pewien bardzo ceniony i kompetentny redaktor (zmilczę jego imię) wychwalał pod niebiosa film będący bez dwóch zdań gniotem nieziemskim. Nieco skonfundowana zapytałam, czy on tak serio. Pan lekko się zmieszał, po czym z rozbrajającą szczerością przyznał, że owszem, też uważa film za kiepski, ale obok była całostronicowa, kolorowa reklama, więc jakoś nie uchodziło zjechać. Nie sądzę, żeby był to odosobniony przypadek.

Opisana sytuacja dotyczyła recenzji w czasopiśmie, za które czytelnik musiał zapłacić swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Oczekiwał więc obiektywnej oceny, a dostał tekst przekłamany. Został więc oszukany.

Co do blogów, oszustwo nie jest to takie oczywiste. Jeśli bloger pisze, że książkę otrzymał za darmo możemy domniemywać, że czytamy tekst sponsorowany. Pochwały w tekście sponsorowanym nie są oszustwem. Są reklamą. Podobnie jak peany na billboardzie.

Właściwie bloger nie ma wyjścia. Czego by nie napisał i tak będzie źle. Zgani – zostanie zwyzywany od niekompetentnych hejterów. Pochwali – dowie się, że jest nieobiektywny, bo chwali w zamian za bezpłatny egzemplarz. Jak się nie odwrócisz, pośladki i tak zostaną z tyłu.

Nie musisz tam zaglądać

Żyjemy w globalnej wiosce. Wpisy na blogach czy forach są w znacznej części współczesnymi odpowiednikami ploteczek w maglu. Paplanina praczek (z całym szacunkiem dla ich ciężkiej pracy) jaka jest każdy widzi. Nie musisz jej słuchać. Nikt ci nie kazał czytać konkretnego bloga. Wręcz przeciwnie – musiałeś wykonać jakąś pracę żeby tekst znaleźć w sieci. Musiałeś kliknąć link. Nikt ci tego nie kazał robić. Mogłeś wykonać pracę intelektualną i poszukać mądrzejszego bloga. A że ci się nie chciało? Bloger nie ponosi odpowiedzialności za twoje lenistwo.

A co z autorami? Autor może czuć się obrażony lub skrzywdzony głupią recenzją. Niby tak, ale… Dobra książka wybroni się sama. Jeden czy dwa bezsensowne teksty zaginą w powodzi rzetelnych recenzji. O ile autor sam nie wypromuje „blogereczki” upowszechniając w sieci link.

I jeszcze jedna rzecz. Publikując książkę, drogi Autorze, wystawiasz ją na ocenę opinii publicznej. Nie możesz liczyć na to, że twoje dzieło przeczytają tylko znawcy literatury. Trafi ono też do aspirujących recenzentów. Krytyka jest wpisana w ten zawód, tak samo, jak niebezpieczeństwo wypadku jest wpisane w zawód kierowcy. Podczas wypadku nie zawsze najbardziej poszkodowany jest sprawca. Cięgi od recenzentów i blogerów nie zawsze zbierają grafomani.

Decyduje wydawca

Nie wiem, co kieruje wydawcami, gdy wysyłają książki do blogerów. Nie wiem, jak dokonują wyboru. Wiem jednak, że musi im się to jakoś opłacać. Wysłanie książki, to jednak konkretny koszt: to nie tylko koszt książki, lecz także wysyłki. Gdyby nic z takich działań nie wynikło, nie robiliby tego. Ci ludzie żyją ze sprzedawania książek. Nie sądzę, żeby chcieli zostać ze stosami niesprzedanego nakładu. Być może wychodzą z założenia, że nie ważne  dobrze czy źle, ważne żeby pisali bez błędów ortograficznych w nazwisku. Być może chodzi o to, by wyniki wyszukiwania zwracały dziesiątki stron a nie nędzne kilka wpisów? A może podstępnie cieszą się z dyskusji rozpętanych przy okazji głupawych wpisów? Być może liczą na rozgłos jaki zapewnią im głosy obrońców książki atakujących „blogereczkę”? Być może z punktu widzenia rozgłosu w sieci, głupiutka „blogereczka” jest cenniejsza niż zrównoważony ale nijaki bloger?

Nie wiem, nie znam się na marketingu, ale głęboko wierzę, że wydawcy wiedzą co czynią. Rynek wydawniczy jest bardzo trudny. Wydawnictwa padają jak muchy. Przetrwali tylko najlepiej przystosowani.


Ze wzgledu na zalew spamu komentarze beda pojawialy sie dopiero po zaakceptowaniu przez Admina. Dziekuje za wyrozumialosc!

4 Comments

  1. Na początek prośba o konsekwencję – jeśli wywalamy z użycia blogereczkę, podobnie trzeba postąpić z płcią brzydka. Inaczej jest to ten sam kierunek, tylko zwrot zmieniony.

    Odnośnie szemranego – nie zawsze trzeba trzymać się znaczenia czysto słownikowego, często istotny jest też kontekst wypowiedzi. Tu, lekceważąca forma sugeruje bardziej slangowe konotacje – niepewny, niegodny zaufania, o wątpliwym wyniku. Tłumacząc bez zaangażowania emocjonalnego, skrytykowany jest proceder bezmyślnego wysyłania książek do osób, dla których liczy się samo otrzymanie książki, a nie jej treść (bo to jest zasugerowane, jeśli ktoś do recenzji dostaje tom drugi i to z gatunku, do którego nie bardzo wie jak podejść).
    Jak dla mnie jest to całkowicie konkretny zarzut (czy trafny, to inna para kaloszy), co stoi w sprzeczności z „wszelkimi grzechami świata”.

    Krzywa Gaussa nie jest ani rzeczą pewną, ani wytłumaczeniem, które może zapewnić spokój. Przede wszystkim, większe prawdopodobieństwo oferuje prawo Sturgeona (ninety percent of everything is crap), przedstawione jako rozkład Pareto (przede wszystkim dlatego, że to nie jest OSIĄGANY WYNIK a EFEKT TWÓRCZOŚCI). Dalej – było by to bardzo przykre założenie przyjąć, że skoro wynik i tak pozostanie bez zmian (złe blogi będą i tak występować), to nie należy reagować.
    Otóż należy, ponieważ – w przeciwieństwie do blogów o psach, modzie, robótkach ręcznych – te książkowe dotyczą kultury. A kultura jest jedną z niewielu wartości o które warto walczyć (aksjomat).
    Za prowokującym postem stało (prawdopodobnie) przekonanie, że blogi nie egzystują w próżni, lecz mają (istotne) przełożenie na rynek – a jeśli jest ono negatywne, to należy coś z tym zrobić.

    Zasadniczo, nie mogę zgodzić się z rolą przydzieloną „profesjonalnym recenzentom” (jak i w ogóle funkcji profesjonalnego) – promowaniu rzeczy wybitnych, krytyce pulpy. Raz, jest to rzecz uznaniowa. Dwa, binarna – dopuszcza tylko wąski zakres, dodatkowo dziwacznie zdefiniowany, ignorujący jakość tekstu (która wcale nie zamyka się w dwubiegunowym – dobry, zły, stanów może być od cholery) czy wręcz sprzeczność (świetna pozycja z gatunku może być jednocześnie intelektualnie głęboka, jak i oferować przaśna rozrywkę).
    No i oczywiście przeciwstawione jest to gustowi. Czyli mamy (popularną wśród tłumaczeń na blogach, nadmienię) dychotomię – profesjonalnej recenzji i osobistej opinii, z czego ta druga nie podlega ŻADNYM regułą, bo czy ma sens, czy nie to przecież czyjś gust.

    Gdy widzę zwrot „subiektywna opinia”, nie wiem, czy wyć, czy powtórzyć wyczyn sprzed paru(nastu) tysięcy lat, gdy pewien Atlantyd powiedział mi „to moja subiektywna opinia, ziom”.
    Doprawdy, nieszczęsne słowo.
    Rzecz w tym, że nieważne, czy ostateczny efekt będzie recenzją (do której – uważam – nie trzeba umiejętności profesjonalisty) czy opinią, liczy się to, czy ma sens. Zbyt często kontrowersyjna opinia jest używana jako synonim bełkotu czy plecenia bzdur. Nie mówiąc już o zrozumieniu czytanego utworu czy używaniu słów zgodnie z ich znaczeniem.

    Tak na marginesie, z punktu widzenia czytelnika, bloger u którego pojawiać się będą teksty sponsorowane, będzie tak trochę szemrany 😉
    Jednakże bloger ma wyjście – napisać rzetelnie sensowny tekst, który sam się obroni.

    Podczas czytania przedostatniego punktu przewracałem znacząco oczami – konsekwencja. no jak to – autor publikując jakąś książkę wystawia się na widok publiczny, ale od blogera, który książkę musiał przeczytać i ją opisać trzymaj się z daleka? No sorry, ale nie kupuję tego. Stosujemy te same zasady do wszystkich, ocenie podlegają zarówno tworzący jak i odbierający kulturę – autorze, napisałeś złą książkę (język, logika, reaserch), bądź gotowy, że spuszczą ci metaforyczny łomot, blogerze(recenzencie) – zamieściłeś bezsensowną recenzję/opinię o książce (nie czytając, przekłamując/myląc treści, wychodząc ze złych założeń), nie myśl, że jesteś bezkarny. Na temat opinii też można wystawić opinię. I tak dalej…

    Nie mogę również zgodzić się z wnioskiem końcowym „skoro jest jak jest, skoro to działa, znaczy że tak ma być i nie należy nic ruszać”. Spoglądając na pobojowisko, jakim jest nasz rynek, mam ochotę krzyczeć „weźcie się ogarnijcie i przestańcie odwalać fuszerkę”. Albo zaorać. Zależy od dnia.

    • Po pierwsze,dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Fajnie, że komuś chce się dyskutować.
      Jednak po raz kolejny, mam wrażenie, że osoby dyskutujące w sieci widzą w tekście to co chcą, a nie to, co tam zostało napisane.
      We wpisie nie bronię konkretnego bloga. Co więcej, zgadzam się z twierdzeniem, że jego autorka jest niekompetentna, a jej wpis jest niezbyt mądry. Stawiam natomiast następujące tezy:
      – to internauci (w tym wydawcy i autorzy) z lubością promują najgorsze blogi przekłamując obraz blogosfery ,
      – wydawcom (a być może i autorom) zależy na goofno-burzach, bo się wtedy o książce mówi.

      „Szemraną blogereczką” nazwano osobę, która źle oceniła książkę, tak więc nie mówimy tu o przypadku tekstów sponsorowanych, a o niekompetencji.
      Subiektywna opinia jest natomiast subiektywną opinią i tyle. Osobiście wiem, że obiektywnie rzecz ujmując Mickiewicz wielkim poetą był. Co więcej, potrafię to twierdzenie uzasadnić (i to nie dlatego, że mi ktoś za to zapłacił) Subiektywnie natomiast, no cóż… twórczość Wieszcza nudzi mnie niepomiernie. Być może jestem płytka, ale tak jest.
      A zakazywanie pisania bo ktoś jest – w naszym subiektywnym mniemaniu, albo nawet i obiektywnie – mało lotny? Cóż, stąd już tylko krok do cenzury. Amerykanie mają na tą okoliczność stosowną poprawkę do konstytucji.

      PS. „Płeć brzydka” jest, podobnie jak „słaba płeć” określeniem ironiczno-prześmiewczym, podczas gdy „blgoereczka” jest zdecydowanie pejoratywna, a wręcz pogardliwa.

      • Gdybyśmy grali w blogerskie bingo, zaliczyłbym trzecie trafienie – stwierdzenie, że tekst został odczytany inaczej niż jest napisany. Obie strony mogły nieprecyzyjnie wyrazić swoje myśli, obie strony mogły niewłaściwie odczytać komunikaty – jednak z miejsca stawiasz na to, że w tekście widzę nie to, co zostało napisane.

        Co do wspomnianych tez (jednych z licznych w tekście, chyba, że ‚znowu’ widzę coś, czego nie ma 😉 – właściwie się z nimi nie zgadzam, ale jest to raczej niezgoda z rodzaju „za mało argumentów na tak, więc pozostanę sceptyczny”. Ludzie wyszukują kuriozalne teksty, wpadki, przekłamania i ogólnie wszystko co powoduje face palm, ale niekoniecznie są to najgorsze blogi czy promocje. Jasne, w ten sposób można chwilowo zapewnić więcej klików, ale nie wierze w skuteczność marketingu na zasadzie „byle mówili i nie przekręcali nazwiska”. Przy okazji, nie zgadzam się z twierdzeniem „nikt nie linkuje tych przeciętnych blogów” – ponieważ ludzie robią to cały czas, tylko wpisy te przechodzą bez echa. A to nie nie to samo.
        No i kwestia tego jak wpływa to na obraz blogosfery została poruszona powyżej – Ty uważasz, że jest względna równowaga między dobrymi a złymi z dominacją przeciętnych (czyli krzywa Gaussa), ja się wówczas pytam, gdzie one i są (te dobre blogi, prawy koniec krzywej), przeciwstawiając prawo Sturgeona, które tłumaczy, czemu dobrych rzeczy jest tak mało. Czyli dla Ciebie to przekłamuje, dla mnie potwierdza.
        Podobnie, chociaż nie do końca, jest z wydawcami. Nie uważam, aby byli wyjątkowo zainteresowani wywoływaniu burz wokół książek, skłaniam się ku zwykłemu korzystaniu z usług blogerskich – recenzja, pal już licho czy pozytywna, plus wrzucenie informacji na 20+ grupach blogersko-książkowych. Ot, stargetowany newsletter (pal licho, że większość tych grup jest założona przez blogerów dla blogerów, aby mieli gdzie wrzucać dziesiątki linków do nieczytanych treści). Tak więc, to dosyć wątpliwa hipoteza.

        „Szemrane blogereczki” to liczba mnoga, do tego dochodzi wspomniany wcześniej kontekst, więc moje założenie znajdują w tym uzasadnienie 😉

        Co do Mickiewicza, to sprecyzujmy – nie tyle wiesz (bo tak mówili w szkole), co widzisz jakość jego tekstów (bo, znowu, szkoła wyposażyła Cię w odpowiedni warsztat), jednak na poziomie wrażliwości jego utwory nie przemawiają do ciebie. Nie ma tu płytkości, głębi, czy chowaniu się za subiektywnością opinii. Liczy się to, czy rozumie się tekst.

        Czekaj czekaj, to które z nas jest bliżej zakazu pisania? Ja głosząc „Na temat opinii też można wystawić opinię. I tak dalej…” czy Ty z hasłem ‚nie piszcie o durnych blogach’ (bo to ich promuje, ale mimo wszystko)?

        PS a także lekceważące oraz ironiczno-prześmiewcze, w zależności od kontekstu.
        Pomimo uznaniowości, jest to ciągle ten sam kierunek, tyle, że ze zmienionym zwrotem.
        Mi to nie wadzi. Po prostu konsekwencja…

        • To jeden z powodów, dla których niespecjalnie wierzę w skuteczność dyskusji internetowych. Każdy stara się pisać w miarę zwięźle, bo wie, że mało który czytelnik ma ochotę przebijać się przez ścianę tekstu. A to prowadzi do nadmiernych uproszczeń i nieporozumień interpretacyjnych.
          Pozwól więc, że doprecyzuję. Jestem jak najdalsza od prób zakazywania krytykowania czegokolwiek. W szczególności głupawych blogów. Upubliczniając tekst obie strony – i autor, i bloger – wystawiają się na ocenę. Twoją wypowiedź zrozumiałam, być może błędnie, jako chęć „zakazania” (to oczywiście przenośnia – stąd cudzysłów) pisania osobom nieprzygotowanym merytorycznie.
          Nie podobają mi się dwie rzeczy. Po pierwsze nadmierne uogólniania. Po drugie, charakterystyczne dla internetu promowanie dziwadeł (dziwadła budziły zainteresowanie zawsze, ale obecnie zjawisko przybiera niepokojące rozmiary). Gwoli ścisłości, zjawisko dotyczy nie tylko blogów. I przeciwko tym zjawiskom protestuję
          Gdzie są dobre blogi? Tak z pamięci zacytuję kilka, „O tym i o owym” Pawła Pollaka, blog Zwierza popkultury czy „Zapomniana biblioteka”. Ten ostatni bez fajerwerków, dość oszczędny w formie, ale wiele ciekawych pozycji dzięki niemu znalazłam. Są jeszcze przecudne blogi profesjonalne (jak choćby blok pani Doroty Szwarcman poświęcony muzyce klasycznej), ale nie o nich rozmawiamy.
          I jeszcze słów kilka o subiektywnej opinii, bo mam wrażenie, że i tutaj zaistniało pewne nieporozumienie. Uważam, że odbiór sztuki (jakiejkolwiek) jest zawsze subiektywny. To nie matematyka. Odwołam się do przykładu z innej dziedziny. Przez dziesięciolecia secesja była wyklęta jako przejaw wyjątkowego kiczu. Gustowanie w secesji było niczym chwalenie się zamiłowaniem do twórczości pani Michalak. Obecnie określenie „perełka architektury secesyjnej” nikogo nie dziwi. Jeśli więc ktoś w XIX wieku był miłośnikiem secesji, to czy był bezguściem czy wyprzedził swoje czasy? Jego subiektywna opinia brzmiała „podoba mi się secesja bez względu na to, co mówią inni”. Powiem więcej, w moim odczuciu, od ukrywanie subiektywnej opinii już tylko jeden krok do paskudnego snobizmu. Bawi mnie Pilipuk. Nic na to nie poradzę, ale mnie bawi. Wiem, że to humor niskich lotów, ale mnie śmieszy. Mogłabym udawać, że jest inaczej, ale po co? Oczywiście, można też przegiąć w drugą stronę, i pod płaszczykiem subiektywnej oceny skrywać bezbrzeżną ignorancję. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

          PS. „Blogereczka” wadzi mi nie ze względu na pejoratywny charakter tego słowa, ale na milczące założenie, że autorkami durnych blogów są wyłącznie panie. I wyraźnie to podkreśliłam na wstępie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.




Uzupełnij brakującą liczbę! Używaj wyłącznie cyfr. *